Na kartach dziejów każdego kraju pojawiają się postacie obrosłe legendą, dorabiające się pomników i innych form publicznej czci i szacunku, podczas gdy w analizie historycznej byli to po prostu zwykli ludzie, których okoliczności bardziej niż ich własna osobowość wyniosły na świecznik. Można twierdzić, że każda społeczność potrzebuje legend, i gdy ich brak – tworzy je z takiego materiału, jaki znajduje. Można też snuć hipotezy o determinizmie historycznym, gdzie okoliczności tworzą bohaterów. Tak czy inaczej, na barwnym tle materii historycznej pojawiają się zaskakujące wzory – sylwetki ludzi, których nic nie predestynowało do nieśmiertelnej sławy, a jednak taką osiągnęli.

W dziejach francuskojęzycznej Kanady taką postacią jest Adam Dollard des Ormeaux – człowiek, który urodził się poza Kanadą, był w niej bardzo krótko, dokonał (w wymiarze rzeczy konkretnych) niewiele, a jednak jego pamięć jest dzisiaj czczona w Quebeku świętem państwowym, a jedno z przedmieść Montrealu nosi jego imię.

Adam Dollard des Ormeaux niedługo przebywał na ziemi kanadyjskiej, a właściwie – na ziemi, zwanej wówczas Nową Francją. Był rok 1660 i dzieje tej ziemi nadal jeszcze były, niejako, w powijakach. Wątłe przyczółki francuskiej kolonizacji egzystowały na wysuniętych placówkach wzdłuż biegu rzeki św. Wawrzyńca, ale dlsze istnienie ich było rzeczą wielce niepewną. 125 lat wcześniej Jacques Cartier poczynił na tej ziemi pierwsze kroki, ale Francja długo nie mogła otrząsnąć się z konkluzji, że La Nouvelle France i szaleństwo to synonimy. Dopiero na początku kolejnego wieku Samuel de Champlain zmieni nieco charakter przedsięwzięć francuskich na kontynencie amerykańskim i rezygnuje z rozbudowy Tadoussac, wyrastającego co wiosnę miasta namiotów u zbiegu rzek Saguenay i St. Lawrence, pierwszego targowiska handlu futrami w Nowej Francji, na rzecz prawdziwej kolonizacji na wyspie montrealskiej.

Niestety, jednocześnie, Champlain popełnia błąd, który miał w konsekwencji kosztować Francję bardzo wiele – kto wie, może nawet przyszłość całego imperium. Postanawia mianowicie wtrącić się do plemiennych sporów Indian i wybiera Algonkinów oraz Montagnais przeciwko Irokezom. Zwycięska ekspedycja Champlaina to całkiem inna historia, ale jej konsekwencje są straszne – Irokezi okazują się mieć dobrą pamięć i nigdy już nie będą wierzyć Francuzom, biorąc zawsze stronę Anglików przeciwko narodowi winnemu masakry na jeziorze Ticonderoga. Za zwycięstwo Champlaina w pół wieku później zapłaci Adam Dollard des Ormeaux.

Kim był Dollard des Ormeaux? Miał dwadzieścia pięć lat, gdy wkroczył na arenę historii. Dopiero niedawno przybył do kolonii. Był żołnierzem. Doświadczenia miał niewiele, niewiele wiedział o kraju, w którym się znalazł. Jakie były kulisy wydarzeń, które unieśmiertelniły w Quebeku jego imię – nikt już ze stuprocentową pewnością wiedzieć nie będzie. Bezsporne pozostają tylko zwięzłe notatki kronikarskie.

1 maja 1660 Dollard des Ormeaux dobiera sobie siedemnastu kompanów – ochotników, w jego wieku, nie-żonatych. Wraz z 40 Algonkinami i czterema Huronami okopuje się w rejonie Long Sault u ujścia rzeki Ottawa do rzeki św. Wawrzyńca. Czyhają na małą partię Irokezów wracających z polowania. Według kalkulacji Adama Dollard des Ormeaux, Irokezi będą zmęczeni ekspedycją i licznymi przeprawami przez porohy rzeczne, po zakończeniu polowania ich zapasy amunicji będą skromne, a ładunek łupów – znaczny. Można będzie im „ulżyć”, przejmując mięso, które miało stanowić zimowe zapasy irokeskiego plemienia.

Adam Dollard des Ormeaux miał pecha. Zamiast skromnej liczebnie grupy łowców, na jego placówkę natknęła się ekspedycja wojenna Irokezów w sile około 800 wojowników, dążących w kierunku francuskiej kolonii. Bój z garstką Francuzów trwał tydzień i zakończył się tak, jak musiał się (w świetle gigantycznej przewagi liczebnej Indian) zakończyć. Adam Dollard des Ormeaux i dwunastu jego kamratów ponieśli śmierć. Pozostała piątka została zamęczona torturami i (prawdopodobnie) zjedzona.

Obowiązująca do dziś w Quebeku wykładnia wydarzeń sprzed ponad trzystu lat opiera się na założeniu, że Dollard des Ormeaux wiedział o zbliżającej się ekspedycji Irokezów, świadomie zdecydował się na organizacje samobójczej obrony i wybrał poświecenie życia w imię osłony słabiutkiej kolonii. Obrony, wypada tu dodać, skutecznej, bowiem Irokezi zarzucili plany dalszej ekspedycji, wycofali się do swych siedzib, a Montreal dzięki temu przetrwał. Nieżyczliwi postaci Dollarda des Ormeaux historycy i publicyści przebąkują, że był to po prostu awanturnik i zapaleniec, którego jedynym zamiarem było obłupić Indian, a co najwyżej przywieźć do kolonii trochę żywności i być może zabezpieczyć powrót z głębi kontynentu francuskim „coureurs de bois” – takim jak i on awanturnikom, którzy wyprawiali się w głąb kontynentu w poszukiwaniu futer. A to, że jego inicjatywa okazała się zbawienna dla młodziutkiej kolonii, to czysty przypadek, jakich w historii wiele.

Kto lubi legendy i bohaterskie wyczyny, ten z mieszkańcami Quebeku czcić będzie pamięć bohaterskiego obrońcy zalążka francuskiej Kanady. Kto nie ufa materii, z jakiej snute są legendy, ten może zastanowić się nad ironią losu, który czasem zwykłego awanturnika może przekształcić w postać, na której opiera się w znacznym stopniu poczucie jedności narodowej kilkumilionowego społeczeństwa.