Mieszkał w Wolfville w Nowej Szkocji. Był zagorzałym stronnikiem Partii Konserwatywnej. Miał ponad 80 lat, gdy nosił jeansy, luźne golfy lub podkoszulki i miękkie buty, co niesłychanie kontrastowało z jego ostrą twarzą mnicha, wiarą w istnienie absolutnego zła i renomą jednego z najwybitniejszych, jeśli nie najwybitniejszego współczesnego malarza Kanady. I z nastrojem jego obrazów – bodajże najdziwniejszych tworów artystycznej wyobraźni, jakie dekorowały kiedykolwiek ściany galerii i muzeów. W jego studio – do którego rzadko zapraszał gości spoza Wolfville – znaleźć można było leżące obok siebie dyski z nagraniami Mozarta i k.d. lang – albertańskiej piosenkarki, której wyobraźnia artystyczna wydaje się poszukiwać ekspresji na antypodach świata wiejskiej Nowej Szkocji i pełnej godności i dumy plastyki Colville’a.

Alex Colville był niezwykłą postacią. Bywało, że malował w najdroższych i najelegantszych garniturach uszytych na Saville Row, ale przekładał życie w małym uniwersyteckim miasteczku Nowej Szkocji nad sławę osobistości w wielkim mieście. A jednocześnie – dumny był z faktu, że jego obrazy potrafią osiągnąć wyższe ceny, niż dzieła jakiegokolwiek malarza Kanady – bywa, że i po 150 tysięcy dolarów za płótno. Colville był pełnym pesymizmu intelektualistą, a jednocześnie deklarował się jako człowiek wyjątkowo szczęśliwy. Słowem – mistrz paradoksu, jawiącego się także w każdym jego obrazie. I w ocenach krytyków – jeden z brytyjskich znawców określił prace Colville’a jako punkt zwrotny w sztuce XX wieku, podczas gdy krytyk torontońskiego dziennika stwierdził, że nie mają one żadnej konsekwencji dla współczesnej twórczości plastycznej.

Jakie skojarzenie wywołują jego płótna? Christopher Ondaatje, torontoński finansista i kolekcjoner sztuki, dzięki którego pomocy Art Galery of Nova Scotia wzbogaciła sią o płótno Colville’a zatytułowane „Ocean Limited”, jest zdania, że obrazy nowoszkockiego artysty wywołują u każdego widza uczucie, iż coś strasznego za chwilę się nieuchronnie stanie. Sam Colville był tym poniekąd zaskoczony. „Inni widzą w tych obrazach więcej niż ja” – mówił. I dodawał: „Maluję chwile, w których wszystko jest doskonałe i coś odsłania się nam”.

Malarska wizja Alexa Colville’a powstała na gruncie olbrzymiego zakresu lektur. Sam artysta przyznawał się do wpływów wyobraźni Josepha Conrada i Tomasza Manna, filozofów Martina Heideggera i Hanny Arendt – a przede wszystkim, do wpływu, jaki na jego wyobraźnię miały tragiczne obrazy, jakie zobaczył na froncie II wojny światowej.

Alex Colville, artysta wyjątkowo zamożny, ubierający sią w eleganckie stroje od najlepszych krawców Europy, jeżdżący luksusowymi samochodami i zatrzymujący się w najbardziej eleganckich hotelach w czasie swych licznych podróży po Ameryce i Europie, urodził się w Toronto w rodzinie stalownika. Miał 9 lat, gdy przywieziono go do Nowej Szkocji. Z młodości pamięta dwa dokonane wówczas wybory – nie będzie żył jak niewolnik, i zostanie artystą, a nie prawnikiem, politykiem czy oficerem. Ukończył uniwersytet Mount Allison w Sackville w Nowym Brunszwiku (ale tuż przy granicy z Nową Szkocją) i w tym samym roku ożenił się z koleżanką z wydziału Rhodą Wright. Pozostali małżeństwem przez 70 lat. Wstąpił do armii kanadyjskiej, by zostać artystą wojennym. Malował lądowanie wojsk alianckich na południu Francji i marsz kanadyjskiej piechoty przez Holandię do serca Niemiec. Jego 125 prac jest dzisiaj częścią zbiorów Canadian War Museum. Po wojnie przez 13 lat wykładał sztukę na swej macierzystej uczelni, by w końcu całkowicie poświęcić się malarstwu. Był to czas największej świetności Jacksona Pollocka i abstrakcjonistów, a Alex Colville – przynajmniej na pierwszy rzut oka – uprawiał malarstwo realistyczne. „Nigdy nie interesowało mnie zbytnio, co robią inni” – mówił. I do końca ta zasada zdawała się kierować jego twórczością.

Uznanie przyszło najpierw z Europy. Retrospektywa w Art Gallery of Ontario w 1983 roku nie utrwaliła jeszcze reputacji Colville’a w środowisku kanadyjskich artystów i krytyków. A jednak dzisiaj jego dzieła wiszą w galeriach publicznych i w prywatnych kolekcjach od Niemiec po Japonię. Malarz, nawet po odliczeniu 50-procentowego udziału pośrednika, nie mógł narzekać na brak pieniędzy. Ani – wreszcie – na brak uznania w kraju. Wszak otrzymał Order Kanady – najwyższe cywilne odznaczenie kraju. Świat artystyczny uważał go za odludka, lecz Colville – jak mówił – wolał malować niż rozmawiać o malarstwie.

Gdy jechał na swoim rowerze przez małe miasteczko Wolfville w Nowej Szkocji, wyglądał jak zwykły emeryt. A jak historia oceni jego wkład w sztukę Kanady XX wieku? Chodzi o to – stwierdził – by robić, co się da. A czy jest się wielkim, czy nie – któż to wie?