Chociaż jego nazwisko jest nieznane większości Kanadyjczyków, a już tym bardziej nowych przybyszów do tego kraju, John Angus „Bud” McDougald był prawdopodobnie jednym z najbardziej wpływowych ludzi współczesnej Kanady. Dlaczego? To bardzo proste – był jednym z najbogatszych jej obywateli.

Urodził się w 1908 roku w zamożnej rodzinie torontońskiej. Wyrósł w bogatej dzielnicy Toronto, Rosedale. Wysyłano go do najlepszych szkół prywatnych, także do Upper Canada College, gdzie jednak zapamiętano go raczej jako autora psikusów płatanych dyrektorowi szkoły. Nie miał specjalnego szacunku dla formalnego wykształcenia. „Zakończyłem swą edukację w wieku lat 14”, mawiał. „To był wielki błąd. Powinienem zakończyć ją co najmniej dwa lata wcześniej.” Jeszcze zanim wydostał się spod opieki nauczycieli, zajął się biznesem – początkowo na małą skalę, przyjmując zakłady w wyścigach konnych od swych szkolnych kolegów. Tak naprawdę karierę zawodową zaczął od załatwionej mu przez wpływowego ojca posady… gońca w firmie brokerskiej. Tu jednak poczuł się w swoim żywiole i wykazał się takim talentem, że w ciągu dwóch lat awansował na kierownicze stanowisko w jednym z działów. Zanim ukończył 20 lat, podpisał w imieniu firmy czek na 70 milionów dolarów.

Przez lata pracy dla Dominion Securities zyskał sobie reputację jednego z najbardziej utalentowanych członków torontońskiej finansjery. Kariera McDougalda zaczęła się jednak naprawdę z rokiem 1945 i utworzeniem Argus Corporation – spółki holdingowej inwestującej w różne niewielkie, ale zyskowne firmy. Zainteresowania McDougalda i jego partnera Eddie Taylora sięgały finansowych horyzontów – nawet po inwestowanie w peruwiańskie linie lotnicze. Argus Corporation była tworem, jaki uwielbiali krytykować wszyscy kanadyjscy socjaliści i komuniści. Poszczególne jej operacje mówią wiele tylko znawcom przedmiotu – finansów i inwestycji na wielką skalę. Istotne jest jednak to, że kierowana przez McDougalda firma przez lata 50-te i 60-te powoli wyrastała na największą tego typu korporację w Kanadzie. Gdy ktoś w końcu zorientował się, kilkanaście procent akcji, jakie codziennie sprzedawano lub kupowano na torontońskiej giełdzie, należała do Argus Corporation. Czyli, w gruncie rzeczy, do Johna Angusa McDougalda. W 1973 roku firma McDougalda (Taylor po drodze wycofał się i przeszedł na zasłużoną emeryturę) dysponowała kontrolnymi pakietami pięciu największych kanadyjskich korporacji – m. in. B.C. Forest Products Ltd, Hollinger Mines Ltd. (niewyobrażalnie zamożna firma w przemyśle kopalniczym) i światowej sławy producenta ciągników rolniczych Massey-Ferguson). Bud McDougald i dwaj jego zaufani współpracownicy w rzeczywistości kierowali tymi korporacjami – nie w codziennych sprawach prowadzenia biznesu, ale na pewno określając długofalową strategię firm.

Dla samej jego kariery w sferach finansowych trudno lubić McDougalda. A jednak ten człowiek miał też interesujące cechy charakteru, wskazujące na to, że nie był tylko bezwzględnym i bezdusznym finansistą. Ze źle maskowaną (jeżeli w ogóle maskowaną) ostentacją nie lubił szczególnie tych, którym los – tak jak jemu – dał szansę na początku, a którzy nie potrafili jej wykorzystać. W gruncie rzeczy, poza załatwieniem pierwszej posady gońca, ojciec McDougalda niewiele przyczynił się do oszałamiającej kariery syna. Bud McDougald mógł z czystym sumieniem powiedzieć, że do swej niewyobrażalnej fortuny doszedł sam, własną pracą. Wdał się kiedyś w rozmowę z lewicującym w swych poglądach politykiem amerykańskim Robertem Kennedym (młodszym bratem prezydenta Johna F. Kennedy’ego). Gdy amerykański milioner zagalopował się zbytnio w deklarowaniu swych sympatii dla biedaków, Bud McDougald zaproponował – „Weź wszystko, co dostałeś od swego ojca (miliardera Josepha Kennedy’ego), a ja dołożę drugie tyle i razem przekażemy to na konto wybranej przez ciebie organizacji charytatywnej.” Jak się łatwo domyśleć, młody Kennedy z propozycji Kanadyjczyka nie skorzystał.

Co sprawiło, że jeden z wielu młodych ludzi z Toronto wybił się tak wysoko w sferach międzynarodowej finansjery? Gdyby zapytać o to samego McDougalda, opowiedziałby pewno historię ze swego dzieciństwa. Jechał pociągiem do Meksyku, gdy na stacji w St. Louis ujrzał po drugiej stronie peronu inny pociąg, a w nim, w specjalnej salonce, człowieka ćwiczącego gamy na fortepianie. A była właśnie godzina 7.00 rano. Tego wieczora młody McDougald znalazł się na koncercie Ignacego Paderewskiego, o którym wyrażał się z wielkim uznaniem. „Posłuchaj, chłopcze”, zwróciła uwagę na artystę jakaś pedagogicznie nastrojona dama. „Oto niezwykły talent.” Niespeszony McDougald odparł – „Talent to on ma, ale ja go widziałem, gdy o siódmej rano w wagonie ciężko pracował ćwicząc. Nic dziwnego, że może teraz liczyć tyle za bilety.”