Niełatwo dzisiaj dotrzeć do jednego z najbardziej pouczających parków prowincjonalnych Kanady, Cannington Manor. Szosą daleko od większych miast Regina, Yorkton czy Estevan, szlak kolei transkanadyjskiej mija Cannington Manor o kilkadziesiąt kilometrów. Informacja to zresztą nie bez znaczenia.

Kto jednak tu dotrze, patrzy ze zdziwieniem na skromne pozostałości, wskazujące na to, że wymarłe dzisiaj miasteczko musiało niegdyś cieszyć się lepszymi czasami. Słyszeliśmy wszyscy nieraz o wymarłych miasteczkach i osadach Dzikiego Zachodu, ale tam chodziło o drewniane westernowe osady, z barem, biurem szeryfa i poidłami dla koni, jakby oczekującymi na kowbojów. W Cannington Manor oglądamy smutne resztki całkiem eleganckich niegdyś rezydencji, przypominające świetne czasy brytyjskiej architektury XIX wieku. Kościół Wszystkich Świętych też lepiej pasowałby do Oxfordshire niż do saskatchewańskich prerii.

Okazuje się, że na bezludne, bogate w żyzną ziemię prerie zachodniej Kanady przyjeżdżali przede wszystkim ubodzy osadnicy z co bardziej dotkniętych niedorozwojem gospodarczym krajów Europy. Przede wszystkim, ale nie wyłącznie. W fali biednego chłopstwa Ukrainy, Podhala, niemieckich nizin i spustoszonych irlandzkich kartoflisk, podążającego na prerie, gdzie za nic można było dostać 160 akrów dobrej ziemi, znalazło się też miejsce dla angielskich arystokratów.

W 1882 roku kapitan Edward Pierce założył na preriach Saskatchewanu kanadyjską wersję typowo brytyjskiego manoru – szlachecka wioska z domem państwa, kilkoma domami zamożnych szlachetnie urodzonych, oraz otaczającymi „manor” gospodarstwami mniej fortunnych, którzy mieli na ziemi pod pańskim okiem pracować. Eksperyment w Saskatchewanie miał przywrócić rodzinie kapitana Pierce dawną świetność jej przodków. Pomysłodawca własnoręcznie więc zbudował dom z drewnianych bali dla siebie, żony i ósemki dzieci. Kolejna inicjatywa to założenie rolniczego college’u, gdzie młodzież z dobrych rodzin miała być przyuczana do gospodarki na preriach. Kandydatów do pobierania nauki miano rekrutować z grona młodych ludzi, którzy nie sprawdzili się w rodzinnej Anglii i nie spełniali wyobrażeń rodziców o właściwej postawie brytyjskiego arystokraty.

Studenci placówki na kanadyjskiej prerii mieli poznać akademicką wykładnię uprawy i gospodarki rolnej, a poza tym grać w tenisa i krykieta, urządzać konne wyścigi, doglądać gospodarstwa, hodować eleganckie buldogi i popijać popołudniową herbatkę w dobrym towarzystwie. Jakiś czas wszystko szło nie najgorzej, ale pomysłodawca eksperymentu zmarł w 1888 roku, a jego następcom zabrakło inwencji, by zmagać się skutecznie z trudami uprawy ziemi na preriach. W 1901 roku Cannington Manor opuścił ostatni stały mieszkaniec.

Dzisiaj z całej imprezy pozostały już właściwie tylko elegancki kościół i tabliczki w opisem historycznej przeszłości. Eksperyment spalił na panewce, odtworzenie „złotego wieku Anglii” na kanadyjskich preriach nie udało się. Część historyków dowodzi, że wszystkiemu winna kolej transkanadyjska, której tory minęły Cannington Manor o kilkadziesiąt kilometrów, co utrudniło i podrożyło transport wyprodukowanego zboża na eksport. Inni wątpią w słuszność tego tłumaczenia wskazując, że przecież nawet dziś kolej nie dociera do wszystkich miejsc w Saskatchewanie, Manitobie czy Albercie.

Tak czy inaczej, po eleganckiej osadzie niewiele pozostało. Kolonialne tradycje angielskie w swej najczystszej formie nie dały przetransportować się przez Atlantyk.

Opuszczamy Cannington Manor szosą biegnącą prosto jak strzała przez prerie, gdzie niekiedy i na kilkudziesięciu kilometrach drogi ani śladu ludzkiego bytowania, by w końcu dojechać do jakiejś niewielkiej osady skupionej wokół zbożowego elewatora. Jakże często w jej nazwie pobrzmiewać będą echa dalekiej Ukrainy, skąd przybyli jej pierwsi mieszkańcy. Rząd Kanady płacił wówczas agentom podróży 5 dolarów za każdego zwerbowanego do zasiedlenia prerii rolnika i po dwa dolary za każdego członka jego rodziny. Przybywali bez rakiet do tenisa i wytresowanych buldogów (na nie przyszedł czas później). Póki nie zbudowali sobie własnych domów, mieszkali w ziemiankach lub chatach z bali, a nie w eleganckich willach „manoru”. A ślad po nich pozostał do dzisiaj w żywych miastach, a nie w muzealnej ekspozycji, stanowiącej dzisiaj kuriozum dla turystów, którym zechce się odbyć długą i uciążliwą, ale jakże kształcącą podróż przez kanadyjskie prerie.