Szaleniec? A może – jak wierzyli współcześni mu Indianie czarownik? Niewątpliwie pasjonat, człowiek ogarnięty jedną wyłączną myślą – by na chwałę Boga i dla zbawienia własnej duszy ponieść męczeńską śmierć. Dla ludzi XXI wieku postać ojca Jogues i jego postępowanie jest zjawiskiem doskonale niezrozumiałym. To światopogląd bardziej obcy nam dziś niż koncepcje najbardziej prymitywnych plemion Nowej Gwinei. A przecież od śmierci Isaaca Jogues na terenie dzisiejszej Kanady minęły zaledwie niecałe cztery stulecia.

Urodził się w Orleanie we Francji, jako jedno z dziewięciorga dzieci zamożnej rodziny kupieckiej. Już w wieku 10 lat trafił do zakonnej szkoły jezuitów. Był dobrym uczniem, ale już wówczas odnotowano jego nadmierną skłonność do pobożności. W okresie nowicjatu młodego, siedemnastoletniego zakonnika jego przełożeni musieli już ostrzegać go przed nadmiernie dosłowną interpretacją reguł zakonnych.

Jogues marzył o misjonarstwie. W 1636 roku skierowany zostaje do pracy misyjnej w Kanadzie. W Europie barok wówczas był w okresie szczytowego rozkwitu, w Paryżu wystawiano sztuki Pierre Corneille’a, we Flandrii malowali Rubens i Rembrandt, w Hiszpanii podziwiano obrazy Velasqueza. A na terenie dzisiejszej Kanady znaleźć można było tyko olbrzymią przestrzeń całkowicie dzikiego i wrogiego Europejczykom kraju. Tylko na jego krańcach pierwsze osady założyli kolonizatorzy króla Ludwika XIII i jego kanclerza Richelieu. Cywilizacja europejska na ziemiach, które dzisiaj noszą nazwę Kanady, ograniczała się do maleńkich kropek na mapie – Trois Rivieres i Quebec.

Nad całą resztą niepodzielnie panowali Algonkinowie, Montagnais i Huronowie. Na południe od ich ziem rosła zaś w siłę konfederacja najbliższych pobratymców Huronów (a zarazem ich śmiertelnych wrogów) – Irokezów.

Nowo przybyły misjonarz nie zamierzał pozostać w Quebeku. Wybłagał zezwolenie na kontynuowanie misji na ziemi Huronów i podążył nad jezioro Simcoe. Po miesięcznej podróży dotarł na półwysep Penetanguishene krańcowo wyczerpany warunkami transportu w indiańskim canoe, ale pełen entuzjazmu.

Nawet ostrzeżenia przełożonego misji, ojca Brebeuf nie osłabiły entuzjazmu Isaaca Jogues dla pracy misyjnej. Cierpienia, jakim poddawali się zakonnicy, niebezpieczeństwo, jakie im nieustannie groziło i przymusowe krańcowe ubóstwo placówki tylko wzmocniły przekonanie Joguesa, że oto trafił tam, gdzie najwięcej może uczynić dla chwały boskiej.

Gdy podjął swą misję, ze zdumieniem stwierdził, że Huroni z bardzo ograniczonym entuzjazmem tolerują obecność misjonarzy w ich osadzie. Najważniejszą sprawą dla każdego misjonarza było ochrzczenie jak największej liczby niewiernych barbarzyńców. Tymczasem, Huronowie z uporem unikali obrzędu chrztu, jakby nie rozumiejąc euforii, jaką daje perspektywa osiągnięcia Niebios i cierpień, jakie czekają ich w Piekle.

Co nam po niebie – twierdzili uparci Huronowie – skoro nie ma tam pól i lasów, nie ma kukurydzy i ryb w rzekach, nie można polować ani wziąć sobie nowej żony?”.

Wzorem innych francuskich misjonarzy, Isaac Jogues szybko nauczył się języka swych gospodarzy, ale daleko było mu do porozumienia się z nimi. Z uporem wraz z towarzyszami wędrował od jednej osady Huronów do drugiej, brnąc w śniegu po pas, usiłując przekonać Indian do swych koncepcji religijnych. Z niewielkim skutkiem, ale pełen entuzjazmu i euforii z każdego najskromniejszego chociaż sukcesu. W lipcu 1637 roku pisze do matki, że udało mu się ochrzcić 240 Huronów.

Czyż można wykonać w życiu lepszą pracę, dokonać większego dzieła?

Nie przeszkadzało mu, że olbrzymia większość nawróconych to Huronowie na łożu śmierci, którzy w niewielkim stopniu zdawali sobie w ogóle świadomość z tego, co nad nimi czyniono.

Huronowie (całkiem słusznie, jak się miało okazać) byli przekonani, że francuscy misjonarze jako swój główny cel postawili sobie zniszczenie rodzimej kultury i wiary Indian. Pod koniec lata 1637 roku coraz częściej wśród Huronów znad jeziora Simcoe odzywały się głosy żądające egzekucji zakonników. Rada plemienia orzekła nawet, że wszelkim nieszczęściom, jakie niedawno spady na Huronów, winna jest obecność czarnych sukni. Misjonarze przygotowali się na śmierć.

Uratowała ich nieposkromioną żądza Huronów na wyroby europejskiego rzemiosła. Indianie obawiali się, że wraz ze śmiercią misjonarzy skończy się lukratywny handel z Nową Francją. Nad brzegami dzisiejszej zatoki Georgian Bay zaczęła więc powstawać bardziej stała misja – Sainte Marie.

Mimo niewielkich – w dzisiejszym zrozumieniu – sukcesów liczonych liczbą nowych wiernych, misjonarze uważali swą pracę za uwieńczoną powodzeniem. Miarą tego sukcesu było dla nich bowiem ich własne cierpienie – im większe, tym większa zasługa w oczach Stwórcy.

Dla ojca Jogues sprawy toczyły się zbyt gładko. Misja rozwijała się, po przejściu kolejnej epidemii Huronowie spojrzeli na misjonarzy łaskawszym okiem. Współczynnik cierpienia i poświęcenia misjonarzy spadał. Jego modlitwy znalazły jednak odpowiedź – został pojmany przez wrogich Huronom Irokezów i całymi tygodniami torturowany. W liście napisanym później dziękował za to Bogu.

Isaac Jogues spędził w niewoli Irokezów i Mohawków ponad dwa lata – nieustannie torturowany i męczony, nieustannie w obliczu śmierci. Wreszcie wykupili go osadnicy holenderscy. Z Nowego Amsterdamu wraca do Europy, która wita go z największymi honorami.

W rok później Jogues jest już znowu w Quebeku, gdzie dowiaduje się, że Irokezi całą siłą ruszyli na Huronów. Isaac Jogues, jakby w poszukiwaniu śmierci, postanawia wrócić na ziemie tych, którzy tak go przez dwa lata męczyli i zostać misjonarzem Irokezów. We wrześniu 1646 roku rusza na ziemie irokezkiego plemienia Mohawków.

Tam jednak obwiniono go o zarazę, która zniszczyła jesienne plony. Młody wojownik Mohawków na własną odpowiedzialność jednym ciosem tomahawka zakończył życie misjonarza. Los odmówił ojcu Isaacowi Jogues przeciągających się tortur i męczeńskiej śmierci, do jakiej całe swe życie francuski jezuita dążył.