W trwającej już wiek prawie nieśmiertelnej (przynajmniej w niektórych kręgach) sławie Slocuma jak w zwierciadle odbijają się dwa przynajmniej kanadyjskie kompleksy – Stanów Zjednoczonych i anonimowości Kanady w świecie. Jeden z najwybitniejszych marynarzy XIX wieku, patron samotnych żeglarzy ponad połowę swego życia spędził w przybranej ojczyźnie, Stanach Zjednoczonych i pod amerykańską flagą dokonał swego pamiętnego wyczynu. Niemniej, swą marynistyczną wiedzę zawdzięcza Kanadzie.

Joshua Slocum urodził się w 1844 roku w Nowej Szkocji. Gdy miał osiem lat, jego rodzina przeniosła się na pobliską Brier Island – maleńką wysepkę, gdzie atlantyckie wiatry owiewały ich dom nieustannie. Dziś jest tu kamienny kopiec upamiętniający miejsce, gdzie wychował się jeden z najwybitniejszych żeglarzy w dziejach światowej marynistyki. Jak na ironię, kopiec ten usypali Amerykanie – grupa wielbicieli postaci Joshuy Slocuma.

Szesnastoletni Joshua ucieka z domu, który prawdopodobnie (chociaż niewiele na ten temat wiadomo) nie był oazą szczęścia i spokoju. Trudny, a nawet brutalny charakter Slocuma i jego nienajlepsze życie rodzinne miały najpewniej swe źródła w dzieciństwie, a jego ucieczka na morze w wieku 16 lat jest tego chyba pośrednim dowodem. Tak czy inaczej – młody mieszkaniec Nowej Szkocji okazał się od najmłodszych lat naprawdę utalentowanym żeglarzem. Miał zaledwie 25 lat, gdy objął samodzielne dowództwo żaglowca. Szybko uzyskał reputację wymagającego, czasem brutalnego kapitana, ale i znającego się na rzeczy żeglarza w tym okresie łabędziego śpiewu „prawdziwych” marynarzy i „prawdziwych” statków – gdy jeszcze nie królowały na morzach parowce, lecz o powodzeniu na szerokich wodach oceanu decydowała umiejętność posługiwania się żaglami, znajomość morza, wiatrów, prądów i… kaprysów tego groźnego i wymagającego żywiołu.

W tym zmierzchu żaglowców, kapitan Joshua Slocum zasłużył sobie na najwyższe uznanie i otrzymał je, obejmując dowództwo bodajże najwspanialszego żaglowca owych czasów – „Northern Light”. „Polarna Zorza”, bo tak należy tłumaczyć nazwę tego pięknego żaglowca, była jednak i zmierzchem fortuny kapitana Slocuma. Szczęście – ów niezbędny atrybut wszystkich wybitnych marynarzy – jakby go opuściło. Wkrótce „Northern Light” zatonął na rafach wybrzeża Brazylii, a 44-letni kapitan znalazł się w biedzie. Był rok 1892 i epoka żaglowców dobiegała końca.

Wtedy to na plaży w Massachusetts znalazł wrak 36-stopowego slupa, liczący prawdopodobnie około stu lat. Slocum, mistrz morza i żagli, rozpoznał jednak rasową konstrukcję tej sterty gnijących desek i wiedział, że odbudowa jednostki opłaci się. Przez rok pracował nad „Sprayem”, wymieniając praktycznie całe drewniane poszycie jednostki. Przygotowywał się najpierw do spokojnego rejsu próbnego – z Bostonu do rodzinnej Nowej Szkocji. „Spray”, by użyć słów kapitana, płynął jak łabędź. 2-go lipca 1895 roku na pokładzie ledwo co wyposażonego (z braku gotówki) slupa Joshua Slocum wypłynął w największy w dotychczasowych dziejach marynistyki rejs – samotnie dookoła świata.

Pokonanie 46 tysięcy mil morskich zajęło trzy lata. Był pierwszym na szlaku, którym później płynęli inni – coraz szybciej i sprawniej. Jego rejs nie był regatami, nie odbywał się w pośpiechu. Był próbą sprawdzenia, czy w ogóle pojedynczy człowiek może taką odyseję przebyć i wytrzymać.

Przygody, na jakie napotkał, nie dadzą się podsumować w krótkim szkicu. O czym pisać? – o dwu miesiącach, jakie zajęło mu pokonanie cieśniny Magellana? o pineskach, jakie rozsypywał na pokładzie, by móc spać na wodach, gdzie roiło się od piratów? o żegludze, gdy był nękany choroba, a gorączką nie pozwalała nawet spokojnie myśleć o tym, co robią on i jacht? o nawigacji, w której pomocą był mu jedynie zwykły blaszany budzik?

Pod koniec maja 1898 roku na wodach Atlantyku „Spray” przeciął kilem swój własny ślad sprzed niemal trzech lat – Wielkie Koło zostało zamknięte. Nad ranem 27-go lipca tego roku kapitan Slocum rzucił kotwicę w Newport w stanie Rhode Island, kończąc podróż, która przeszła do historii żeglarstwa.

Wyczyn, jakiego przed nim nie dokonał nikt, przyniósł mu oczywiście sporo sławy. Joshua Slocum jeździ na spotkania publiczne, wydaje książkę, kupuje bogatą farmę. Czegoś jednak w jego życiu nadal brak. Nie dla człowieka, którego całym życiem było morze i walka z potęgą fal i wiatru, okazał się elegancki żywot odcinacza kuponów od uzasadnionej nawet sławy. 65-letni kapitan Joshua Slocum raz jeszcze wypływa w morze, by poprowadzić „Spraya” w górę Amazonki. Widziano jacht jeszcze u wybrzeży Massachusetts. Potem – ślad po kapitanie Slocumie i jego „Sprayu” zaginał. Pozostała tylko niematerialna sława wielkiego żeglarza z Nowej Szkocji.

Żeglarzom całego świata znana jest odyseja kapitana Slocuma, chociaż mało kto wie, że szkołą, w której rozpoczął on swą marynarską edukację, była Nowa Szkocja – pod koniec XIX wieku jeden z najważniejszych ośrodków światowej żeglugi, gdzie powstawały najwspanialsze żaglowce i gdzie życie kształtowało najwspanialszych marynarzy.