Jesienią 1947 roku kanadyjskie siły zbrojne wykonały misję, która nie zapisze się nigdy w dziejach oręża, ale która doskonale świadczy o ludziach, którzy w tych siłach służą. Operacja „Kanonik” była niebezpieczna, wymagała poświęcenia, wytrwałości, precyzji i inwencji – jak wiele operacji wojskowych. Tyle, że chodziło tu o ratowanie ludzkiego życia.

W centrum dramatu znalazł się anglikański misjonarz, kanonik John Turner. Miał olbrzymie doświadczenie w życiu na Dalekiej Północy. Wszak spędził tu lata, zajmując się Inuitami wyspy Baffina. Był doświadczonym misjonarzem i doświadczonym polarnikiem. Bywało, że krążył między inuickimi osadami pokonując dystans trzech tysięcy kilometrów psim zaprzęgiem, nie wracając do budynku misji przez pół roku – a jednak w tych wyjątkowo trudnych okolicznościach szczęście sprzyjało mu.

W 1944 roku kanonik John Turner odwiedził rodzinną Anglię, gdzie poznał pielęgniarkę Joan Hobart. Pobrali się i wkrótce w budynku misji mieszkała już cała rodzina – państwo Turner, pomagająca im w gospodarstwie domowym młoda Inuitka Kamane, oraz dwie córeczki June i Grace. Trzecie dziecko było już w drodze, gdy przydarzyło się nieszczęście.

24 sierpnia 1947 roku kanonik Turner wracając z polowania niefortunnie obszedł się z bronią i padł ofiarą postrzału z własnej strzelby. Pocisk rozorał mu twarz i utkwił w mózgu. Co więcej – upadając, kanonik Turner doznał urazu kręgosłupa. Na wiele tygodni zachował świadomość, ale cierpiał niemal nieustannie.

Na północnych brzegach wyspy Baffina nie było oczywiście żadnej pomocy lekarskiej. Rodzina Inuitów obozująca w pobliżu udała się do osady Arctic Bay i zawiadomiła faktora Hudson Bay Company Johna Cormacka, a ten przez radio powiadomił o nieszczęściu świat zewnętrzny. Po tygodniu od wypadku wiadomość dotarła do centrali sił zbrojnych w Ottawie, gdzie uruchomiono Operację „Kanonik”. Należało ewakuować misjonarza i udzielić mu pomocy lekarskiej w szpitalu przygotowanym do tak skomplikowanych operacji chirurgicznych.

Po demobilizacji w związku z zakończeniem II wojny światowej, kanadyjskie siły zbrojne pozostały bez sprzętu zdolnego działać tak daleko na północy. Największym problemem dowództwa było to, że nikt nic praktycznie nie wiedział o położeniu misji w Moffat Inlet. Nie było map, a najbliższa stała baza kanadyjskich wojsk znajdowała się w Fort Churchill w odległości ponad 1200 kilometrów od północnych brzegów wyspy Baffina. Z informacjami pospieszył inny misjonarz znający te okolice, pastor Maurice Flint. Jego odręcznie rysowane mapy i kilka fotografii stanowiły geograficzne zaplecze akcji.

Drugim istotnym problemem było położenie misji w terenie. Znajdowała się ona na nierównym cyplu o szerokości stu metrów i długości około 200 metrów. Wody zatok po obu stronach były pokryte spiętrzonym lodem. Jedynym sposobem dotarcia do budynku misji był skok ze spadochronem.

Dowódcą operacji mianowano kapitana Lionela d’Artois z Montrealu, spadochroniarza i członka brytyjskich sił specjalnych w okresie wojny, który jednak nie miał żadnego doświadczenia z Dalekiej Północy. W trakcie operacji okazał się on prawdziwym oficerem – po kilku tygodniach człowiek, który uprzednio ledwo jeździł na nartach, nie tylko świetnie radził sobie z psim zaprzęgiem, ale potrafił nawet dogadać się z Inuitami w ich języku. 3 października ekipa operacji „Kanonik” ruszyła na północ.

Pierwszy postój wypadł w Coral Harbour. Była to opuszczona amerykańska baza lotnicza z okresu II wojny światowej – pełna wyposażenia, hangarów i części zamiennych, ale całkowicie bezludna. Kanadyjscy żołnierze śpieszący na ratunek misjonarzowi odczuwali wizytę w Coral Harbour jak w westernowym „miasteczku duchów”.

4 października samolot akcji dotarł nad misję, a nawet udało się odnaleźć jej budynek, chociaż był on dobrze zamaskowany śniegiem i wcale nie przypominał szkiców, na których piloci opierali się poszukując celu podróży wśród śnieżno-kamienistej pustyni. Nie było jednak mowy o lądowaniu w pobliżu budynku misji, ani nawet o skokach ze spadochronem w tak niebezpiecznym terenie. Ostatecznie, znaleziono w miarę nadające się do skoków spadochronowych zamarznięte jezioro – w odległości 13 kilometrów do budynku misji.

Pomoc medyczna, jakiej ekipa ratunkowa mogła udzielić rannemu, była bardzo ograniczona. Niezbędny był dalszy transport misjonarza do szpitala. Działania ekipy dodatkowo utrudniały kłopoty łącznościowe. Silniejszy nadajnik doznał uszkodzenia w trakcie zrzutu na spadochronie, a słabszy był odbierany tylko wówczas, gdy nad budynkiem misji krążył samolot ekipy ratunkowej. Śledzące wydarzenia na Dalekiej Północy kanadyjskie media musiały informować swoich czytelników tytułami artykułów: „Złowieszcza cisza w Arktyce”.

Pierwsza próba odwiezienia łodzią rannego misjonarza (który dla utrudnienia ratownikom zadania ważył ponad sto kilogramów, nie licząc futer i koców) spaliła na panewce. Niesprzyjające warunki na morzu zmusiły ekipę do powrotu do budynku misji w Moffat Inlet. Stan chorego pogarszał się i kapitan D’Artois podjął decyzję o próbie ewakuacji drogą lotniczą. Trzeba było znaleźć lądowisko dla samolotu Dakota 270. Poszukiwania zajęły tydzień, ale ostatecznie 2 listopada znaleziono kawałek równego terenu o długości ponad kilometra (startując na śniegu samolot potrzebuje znacznie dłuższego rozbiegu) – tyle, że w odległości niemal czterdziestu kilometrów od budynku misji.

Ewakuacja powinna mieć miejsce nie później niż 17 listopada, bowiem po tej dacie słońce na dobre kryje się pod polarnym horyzontem. Swoje trzy gorsze wtrącił tu jednak arktyczny klimat i ostatecznie Dakota, załadowana do granic udźwigu, wyruszyła po chorego dopiero 21 listopada. Gdy samolot wylądował na wyznaczonym prowizorycznym lotnisku, ratownicy przystąpili do transportu chorego i jego rodziny. Podróż na lądowisko trwała ponad trzy godziny. Gdy wszyscy byli już na miejscu – okazało się, że żadne z lotnisk znajdujących się w zasięgu samolotu nie może go przyjąć z powodu fatalnej pogody. Ostatecznie, Dakota wystartowała w drogę do Churchill, chociaż teoretycznie powinno maszynie zabraknąć paliwa, zanim pokona ten dystans. Chory misjonarz i jego rodzina wylądowali jednak w Winnipegu 22 listopada wieczorem – w dwa miesiące po tragicznym wypadku.

Mimo olbrzymich wysiłków lekarzy, John Turner zmarł w Winnipegu 9 grudnia 1947 roku. Pocisk, który wdarł się do jego czaszki, rozpadł się na kilka elementów i usunięcie go nie było możliwe.

Operacja „Kanonik” dobiegła końca. Jej uczestnicy otrzymali wysokie odznaczenia wojskowe. Małżonka misjonarza, Joan Turner w dwa tygodnie po śmierci męża urodziła trzecią córkę. Na kilka lat rodzina Turnerów wróciła do Anglii, ale w 1972 roku Joan Turner znowu przybyła na wyspę Baffina, kontynuować pracę swojego męża. Gdy, zmęczona wiekiem, osiadła w Vancouverze, w ślady ojca i matki poszły dwie z córek, pełniąc obowiązki pielęgniarek i nauczycielek na Dalekiej Północy.

A kapitan d’Artois wrócił do pracy w służbie ratowniczej kanadyjskich sił zbrojnych, odebrał z rąk gubernatora generalnego Kanady medal za odwagę George Medal, walczył w wojnie w Korei, ożenił się z towarzyszką służby w Special Operations Executive w czasie wojny i zamieszkali w Quebeku, gdzie urodziła się szóstka ich dzieci.