Rzadko zdarza się, by w dziejach narodu piękną i znaczącą kartę zapisał policjant. Kanada to jednak niezwykły kraj, więc i narodowych bohaterów ma niecodziennych. I może dlatego jeśli ktokolwiek zasłużył sobie na przydomek „typowego Kanadyjczyka”, jeśli w kimkolwiek widzieć można ucieleśnienie zalet i wad tego narodu, to chyba w postaci Sama Steele, ontaryjskiego chłopaka, który pod koniec swego życia mógł zasadnie powiedzieć, że „Kanada to (w dużej części) ja”.

Sam Steele wkracza na arenę kanadyjskiej historii w 1866 roku, jako szesnastoletni chłopak. Nowojorskie Bractwo Feniańskie – organizacja Amerykanów pochodzenia irlandzkiego – raz jeszcze podejmuje próbę nękania znienawidzonego Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Północnej Irlandii na ziemiach kontynentu amerykańskiego, napadając zbrojnie na ziemie Kanady. Władze Zjednoczonych Kanad (rzecz dzieje się na rok przed Konfederacją i przemianowaniem kolonii na Dominium Kanady) apelują o wstępowanie w szeregi lokalnej milicji. Wśród ochotników jest dopiero co osierocony chłopak z hrabstwa Simcoe. Nic dziwnego – jeden z jego przodków walczył pod sztandarami gen. Wolfe’a na Polach Abrahama, drugi – z Nelsonem pod Trafalgarem, trzeci – z Wellingtonem na polach Waterloo. Wszystkich pięciu wujów Sama zginęło żołnierską śmiercią w służbie Korony. Sam Steele poszedł w ślady starszych i zdecydował się na karierę wojskową.

Pomogła mu nie tylko tradycja rodzinna. Wychowany nad brzegami jeziora Simcoe, w pionierskich warunkach, doskonale od dzieciństwa poznał wszelkie składniki rzemiosła skauta Dzikiego Zachodu. Potrafił żyć w dziczy, strzelać, budować tratwy do przeprawy. Był samodzielny, wytrzymały, silny. I – co szczególnie ważne – spragniony wiedzy. Dyplom oficera zdobędzie z wynikami 100% na świadectwie.

Rajdy feniańskie szybko wygasły i Steele wrócił do życia cywilnego, ale wkrótce nadarzyła się kolejna okazja – wyprawa pułkownika Wolseleya w rejon Red River. Steele przyłącza się do wyprawy jako zwykły szeregowiec – by poznać życie żołnierza od podstaw. W wiosce Winnipeg po raz pierwszy chłopak z Ontario zetknął się z legendarnym wówczas terytorium Północnego Zachodu, które miało określić całą jego przyszłość. Od 1873 roku prowadzi w Fort Garry szkolenie rekrutów do nowo utworzonej Królewskiej Kanadyjskiej Policji Konnej. Następnie rusza dalej na Zachód, uczestnicząc w legendarnym marszu oddziałów RCMP z Fort Garry do Fort Edmonton – przez niemal 2 tysiące kilometrów bezkresnej pozornie prerii, gdzie po drodze znajdowały się jedynie dwa budynki wzniesione i zamieszkane przez białego człowieka, forty Carlton i Ellice. Ostatni odcinek tego marszu przez bezdroża, w stałej walce z głodem i chłodem, przekraczając rwiste rzeki i walcząc z miriadami komarów, Steele pokonał nieprzerwanym 24-godzinnym marszem. Oddział dotarł do celu w grudniową zamieć.

Przez następne dziesięć lat Steele uczestniczył w każdym istotnym wydarzeniu na terytorium Północno-Zachodnim. Podpisywał traktaty z Indianami i widział, jak znikały z prerii ostatnie stada bizonów. W 1882 roku natknął się na dążącą w kierunku Gór Skalistych nitkę torów kolei transkanadyjskiej. Dostał polecenie sprawowania nadzoru policyjnego nad przebiegiem budowy. Był tam policjantem i sędzią jednocześnie. Różnił się jednak od postaci szeryfa, utrwalonej w legendzie z drugiej strony granicy. Nigdy nie zapomniał, że nosi mundur Królowej. Był przedstawicielem sił porządku, widocznym symbolem cywilizacji. Na kanadyjskim Zachodzie nie miały miejsca (bo nie miały sensu) rewolwerowe pojedynki, o jakich do dziś opowiadają amerykańskie westerny. Co za sens zastrzelić jednego z oficerów RCMP, jeśli na jego miejsce natychmiast przybędzie kolejny? Steele wszedł raz, w towarzystwie tylko dwóch konstabli, do obozu wrogo nastawionych Czarnych Stóp. Zaaresztował ściganego i opuścił obóz bez przeszkód, chociaż otoczony był tłumem gotowych na wszystko współplemieńców aresztowanego. Autorytet i utrwalona już legenda Królewskiej Konnej wystarczyła. Sam Steele sprezentował wodzowi bilet do Calgary na proces oskarżonego, by wszyscy mogli się przekonać, że sprawiedliwości musi stać się zadość. Jak na ironię – pochwycony przez Steele’a złoczyńca został uniewinniony.

Po amerykańskiej stronie granicy, kluczowym słowem na Dzikim Zachodzie było „wolność”; po kanadyjskiej, w zrozumieniu Sama Steele’a – „porządek”. Likwidował nielegalne bimbrownie i tawerny, łagodził spory zarządu kolei z jej budowniczymi, a nawet nadzorował napływ poszukiwaczy złota na pola Klondike. Ustawił posterunek na przełęczy Chilkoot wiodącej na złotonośne tereny i sprawdzał, czy każdy kandydat na szczęściarza ma dość ekwipunku i zapasów żywności, by przetrwać w dziczy, zanim zdoła zbudować sobie jakieś schronienie i zgromadzić dalsze zapasy żywności. Wrota do Klondike, alaskański port Skagway to, w słowach Steele’a, „miejsce niewiele lepsze niż piekło na ziemi”. Po kanadyjskiej stronie granicy – porządek. Ani jednej strzelaniny. Steele zamienił Jukon w państwo policyjne, ale ochronił spokój i życie mieszkańców. Miał władzę absolutną, ale wiedział, jak jej używać.

Osiągnięć Steele’a nie docenili niechętni mu biurokraci w Ottawie. Pomijany w awansach, opuścił w 1899 roku Kanadę, by wziąć udział w wojnie burskiej w Afryce Południowej. Po jej zakończeniu, zorganizował i tam siły policyjne. Powrócił do Kanady, by współorganizować Kanadyjski Korpus Ekspedycyjny w czasie I wojny światowej. W 1918 roku otrzymał tytuł szlachecki i odszedł na emeryturę. Nie potrafił jednak żyć bezczynnie. W pół roku później – zmarł.